Wyjazd…

migdałyRozdział I

Była dwudziesta trzecia trzydzieści. Na lotnisku niewielu ludzi. Spojrzała w lewo potem w prawo, białe sztuczne światło rozświetlało ogromną halę. Wszystko zimne szklane i kanciaste. Targając za sobą bagaże; pękatą walizkę, dwie torby oraz torebkę, która cały czas zsuwała się z ramienia, wkurzając ją niemiłosiernie, ustawiła się w kolejce do odprawy. Szło szybko. Po minucie była już po drugiej stronie barierki. W sklepie wolnocłowym kupiła dużą butelkę whisky. Nie przepadła za whisky, ale miała wrażenie, że tylko ten trunek pasuje do tej dziwnej skądinąd sytuacji. Do odlotu została niecała godzina. Telefon milczał. Marek miał być w domu dopiero około pierwszej. Przytrzymała dłużej klawisz z czerwoną słuchawką, ekran zgasł. Usiadła na niebieskim krzesełku, wyjęła książkę, jednak nie mogła się skupić. Po przeczytaniu dwa razy tej samej strony odłożyła zrezygnowana. Patrzyła przed siebie bezmyślnie. Nagle poczuła ucisk na pęcherz Zachciało jej się siku. Zawsze tak musi być, a przecież w domu siedziała na sedesie specjalnie dłużej później tuż przed wyjściem jeszcze raz. Teraz człowieku nie wiesz co zrobić z bagażami, telepać się z tym wszystkim do ubikacji czy trzymać wzrastające ciśnienie. Znowu obwiesiła się torbami spadającą torebką i pociągnęła za sobą walizkę. Czuła się jak baba idąca na targ.
Na lotnisku w Stansted włączyła telefon dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia. Biedny Marek pewnie będzie zastanawiał się, co zrobił nie tak. Do kolejnego samolotu miała pięć godzin, to dopiero maraton nudy – przeszło jej przez głowę. Lotnisko prawie puste na ławkach znudzeni, na ziemi znudzeni i śpiący. W punkcie z gazetami kupiła snickersa i Privete Eye. Pani podając towar, wskazała na losy loteryjne. Nie wiedzieć dlaczego kiwnęła odruchowo potakująco. Wyszukała ustronne miejsce pod jakąś kartonową ścianą z reklamą, obłożyła się wszystkimi torbami i usiadła na chłodnej płycie, wyciągając nogi. Przez chwilę karmiła umysł obserwowaniem innych. Zerknęła na wystającą z siatki butelkę Wyjęła, odkręciła nakrętkę, podniosła do ust i nieśmiało wzięła jeden łyk, potem drugi głębszy i trzeci. Nigdy czegoś takiego nie robiła, nie piła w ten sposób, na dodatek publicznie. No może raz, w ogólniaku na wycieczce szkolonej, gdzieś w krakowskiej bramie z kolegami – takie; pierwsze wino, pierwsza wódka. Poczuła jak piekące ciepło rozeszło się po piersiach. Do dupy z takim ułożonym szarym życiem – pomyślała. Niby wszystko masz, niby praca, niby rodzina, spotkania, wigilie rocznice i wreszcie sylwestry oraz seks dwa razy w tygodniu. Codzienna trasa; dom praca, praca dom, sklep – zakupy gotowanie. Jakbyś miała kobieto napisać życiorys, to w zasadzie można by to zamknąć w „urodziła się i żyje”. Czas mijał powoli, wzięła gazetę do ręki i zaczęła czytać, biorąc łyk za łykiem z kanciatej butelki. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła.
O 6.30 z lekkim bólem głowy siedziała już w samolocie. Obok krągła mocno wymalowana młoda murzynka. Jak one są skonstruowane? Wielkie, muskularne i cyc, którego można pozazdrościć. Co one jedzą, że tak rosną? Przechodząca stewardesa pokazała jej, aby zapięła pasy. Samolot wznosił się powoli. Po minucie błysnęła lampka, można było rozpiąć pasy. Obniżyła oparcie i próbowała usadowić się wygodnie. Te siedzenia są beznadziejne, westchnęła. Oparła głowę i przymknęła oczy.

Jurek zawsze ja wkurzał z tym swoim niby to wesołym porannym; Haj!  Tym wiecznie opalonym ciałkiem wątłej budowy, fryzurą niby postrzeloną, przytrzymywaną przez okulary w czerwonych oprawkach. Jednak to właśnie jemu zawdzięcza to, iż teraz siedzi w samolocie. To on ją popchnął, otworzył furtkę przez którą uciekła. Wprawdzie kompletnie nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jednak…
Jerzy był kierownikiem oddziału w jej firmie. Wszystkie kobiety uważał za troszkę głupawe i troszkę naiwne. Nie za wiele, nie za mocno, ale na tyle, że było to zauważalne. Taka typowo samcza postawa, podnosiła jego egocentryczną samoocenę i pozwalała mu na nie patrzeć z góry. Uważał, że można je kupić każdym głupim; oj jak pani dzisiaj pięknie wygląda! Fakt nie można powiedzieć, aby pogardzał kobietami jakoś specjalnie, o nie, co to, to nie! Po prostu, mniej więcej tyle, co inni durni faceci. Czy latał za kobietami? Pewnie, ile razy! Wykurzało jedynie to, że nigdy nie zainteresował się nią – pajac. Nie, żeby zaraz chciała zdradzać Marka, ale dobrze jest czuć czyjś wzrok na sobie, tak czasami oczywiście. Była wtedy w sekretariacie. Drzwi do gabinetu były niedomknięte.
– Słuchaj, to doskonała inwestycja. – rozpoznała głos Jurka. – Ta głupia baba nawet nie zdaje sobie sprawy, na jaki dobry pomysł wpadła.
– No co Ty? Nie zorientuje się! – Kontynuował, odpowiadając komuś w słuchawce. – Zresztą nie stać jej na to. Jestem pewien, że już o tym zapomniała. Za tydzień biorę wolne i lecę. Takie oferty nie pojawiają się za często. To okazja. Sam zobacz. Wyślę ci adres strony pośrednika i numer oferty. Zapanowała cisza.
Ok dobra zdzwonimy się – znowu usłyszała głos Jerzego.
Po chwili drzwi otworzyły się szeroko, usłyszała ciche kroki na wykładzinie, trzask drugich drzwi i cisza. Jeszcze przez chwilę stała przyciśnięta do ściany pomiędzy biurkiem a regałem z segregatorami. Kompletnie nie wiedziała, dlaczego się tak zakonspirowała, ale ta rozmowa coś jej przypominała. Coś kołatało w głowie. Szybko weszła do gabinetu, spojrzała w ekran. Chwyciła myszkę. Wysłane, ostatnia wysłana, klikała szybko, jest! Spojrzała na tekst. Przeleciała wzrokiem. O ty gnojku zaklęła całkiem głośno. Ja głupia baba?! Sami jesteście głupi!
I później w domu jeszcze ta bezsensowna kłótnia z Markiem. Miała dość. Nie o tym marzyła w dzieciństwie. Przypomniała sobie słowa matki; pamiętaj, jak życie stanie się ciasne, a twój pokój znacznie się zmniejszać i zacznie brakować Ci powietrza to na każdej stacji prędzej czy później pojawia się pociąg. Matka chyba sama czekała na taki expres. I on się pojawiał, nie raz. Tylko nie miała odwagi wsiąść.

Agadir przywitał ją ciepłym światłem. Promienie przenikały przez oszklone ściany, trudno byłoby je zliczyć, właściwie nie było promieni, bo wszystkie zlewały się jedność i wszystko było szerokim słonecznym światłem. Odniosła wrażenie, że cień tu nie istnieje. Odstała swoje w zakręconej kolejce, wypełniła deklarację i już po chwili stała na środku hali przylotów. Jeszcze tylko przejście przez bramkę o tak i była już w strefie ogólnodostępnej. Zaczęła się rozglądać. Lotnisko nie było ogromne, jednak lśniące, czyste i pachnące zupełnie nie po europejsku. Z prawej strony od wyjścia z hali przylotów znajdowało się szereg stanowisk bankowych i firm typu „rent a car” Tego właśnie szukała. Na szczęście szyld firmy DOLLAR wisiał w pierwszym szeregu. Za szklaną szybą siedział może czterdziestoletni mężczyzna. Pochylał się nad papierami, rozmawiając po arabsku przez telefon. Wyjęła swój, włączyła. Długa chwilęTwingo logował się do sieci. Dziesięć nieodebranych sms. Stanęła przy okienku. Kiedy mężczyzna skończył rozmawiać, pokazała rezerwację. Zaprosił ją do środka, wypełniła deklarację, wpłaciła kaucję i po chwili już maszerowała z młodym chłopakiem po ogromnym parkingu, który znajdował się visa vis wejścia głównego lotniska. Samochód nie nosił żadnych widocznych uszkodzeń, kazała zaznaczyć dla porządku jedną starą niewielka rysę na zderzaku i po chwili wjechała na pobliską stacje benzynową. Kiedy próbowała zatankować, podleciał do niej mały arab i coś tam głośno wykrzykiwał. W końcu zrozumiała, zabrakło benzyny, za dwie godziny przyjedzie kolejna cysterna. Co jak co, ale braku benzyny w kraju arabskim to się nie spodziewała. Nie chciała czekać, postanowiła poszukać następnej stacji. Starszy mężczyzna zatankował jej do pełna, na koniec zapytał skąd przybywa – Polska odpowiedziała. Pokiwał głową, uśmiechnął się, ukazując braki w uzębieniu – Good luck – wydostało się z tego szczerbatego uśmiechu. Kiedy ruszyła, pomachał jeszcze ręką.

Czytaj kolejny rozdział → Niespodziewane spotkanie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *