Niespodziewane spotkanie…

AtlasRozdział II

 Wszystko tu było ciepłe, w kolorze wypalonej czerwonej gliny. Pomiędzy samochodami jak osy brzęczały duże ilości zdezelowanych skuterów. Odległość do Marrakeszu niewielka – dwieście sześćdziesiąt kilometrów. Kiedy wyjechała z miasta pejzaż stał się górzysty. Góry Atlasu pojawiały się to z lewej to z prawej. Raz były wypalone rdzawe raz czarne, zielonkawe z rzadka porośnięte krzewodrzewami. Gdzieniegdzie kwitnące migdałowce czasami tworząc duże tarasy, zmieniały pejzaż w białoróżowe pola.Wszystko zalane słońcem. Na trasie samochodów niewiele, często przez kilka kilometrów nie wdziała, żadnego. Jakże wszystko inne od znanego jej życia. Deszczowej wietrznej szarości, Media Markt, betonu, Lidla, kotletów schabowych i gadających głów w telewizji o kolejnych cudownych rozwiązaniach ekonomiczno-społecznych. Zwolniła, zatrzymała się na poboczu. Było gorąco. Zdjęła białą cienką kurteczkę, złożyła w kostkę i wcisnęła do torby. Dopiero teraz zauważyła idące przez drogę kozy potem wielbłądy. – Cudnie! Cholera, tyle życia upłynęło bezpowrotnie w jakiejś starej pierdzielonej betonowej szufladzie – pomyślała.Wielbłąd
W Marrakeszu była przed czasem. Pod budynek pośrednika udało się jej trafić bez problemu, zaparkowała samochód po przeciwnej stronie ulicy. Do spotkania miała jeszcze godzinę. Była głodna, ale zaplanowała sobie, że jeść będzie dopiero, jak będzie po wszystkim, kiedy emocje opadną i będzie mogła się napawać nowym szczęściem przy daniu narodowym Maroka, o jakim jedynie wyczytała w Internecie, a zwanym „Tadzinie”. Wysiadła z samochodu. Słońce piekło, ale leki wiaterek zdejmował delikatnie cześć upalnego ciężaru. Chciała rozprostować nogi, przejść się po nowej ziemi, jednak emocje i niepewność oraz abstrakcyjność całej sytuacji, rozbijała te myśli. Spojrzała na torbę, w której miała pieniądze. Pozostawienie jej byłoby głupotą, a chodzenie z takim pakunkiem pod pachą było zwyczajnie niewygodne i również niebezpieczne. Wsiadła z powrotem do różowego reno, odsunęła fotel i opuściła lekko oparcie. Patrzyła na ulicę jadące samochody i skutery, ludzi ubranych kolorowo, mężczyzn w kefijach kobiety w takhlilach lub czadorach. Później dowiedziała się, że Berberyjki noszą bardzo kolorowe stroje, arabskie zaś kobiety – często czarne.
Nagle zdała sobie sprawę, że przez ten cały czas jej myśli ni razu nie powędrowały do domu do Gdańska. Przez chwilę korciło ją, aby przeczytać SMS, jednak wiedziała, że nie ma siły się z tym mierzyć, nie teraz. Delikatnie zaczynała coraz częściej przymykać oczy. Trudy podróży z jednej strony usypiały z drugiej zaś myśl o uczynionym wariactwie, choć samotna, podnosiła powieki. I właśnie podczas tego procesu nagle coś ją poderwało. Z białej taksówki na wprost niej, wysiadał mężczyzna. Od razu rozpoznała te zwichrzone włosy ściśnięte czerwonymi okularami na głowie. Jasna cholera! Jerzy! Przez chwilę myślała, że zwariowała. Nagle, pokonanie tysięcy kilometrów, ucieczka w nieznane na koniec świata, skurczyła się. – Cholerna cywilizacja, już nawet uciec nie można normalnie, jak człowiek, bo w każdej chwili  przeszłość może zapukać do twoich drzwi, za nim dobrze zdążysz je zamknąć. Dzisiaj tą przeszłością był pajac Jerzy. Zsunęła się na siedzeniu jak najniżej, nie spuszczając wzroku z tej żywo stojącej przed nią przeszłości w luźnej marynarce, białej koszulce i beżowych spodniach. Niedoszła przeszłość zapłaciła taksówkarzowi, podając pieniądze przez opuszczoną szybę, rozejrzała się w prawo, lewo i pomaszerowała na druga stronę, znikając w drzwiach budynku. Wpadła w panikę. Jeśli będzie pierwszy, będzie musiała z podkulonym ogonem wrócić do Polski, a jej cudowny plan zapewnienia sobie egzystencji i wolności, zamieni się w powrót z oczami i wytrenowaną miną kota ze Szreka.
Wyskoczyła z samochodu i ruszyła na druga stronę ulicy. Będąc już pod drzwiami, puknęła się w czoło, aż plasnęło. Przebiegła na druga stronę, pilot, drzwi, torba z pieniędzmi i już była z powrotem pod drzwiami. Tylko co teraz? Ujawnić się? Stanąć twarzą twarz z tym przemądrzałym pajacem? W głowie słyszała słowa; ta głupia baba nawet nie zdaje sobie sprawy, na jaki dobry pomysł wpadła. To mój pomysł, to on jest złodziejem marzeń, więc kto tu ma się czego obawiać? Idiotka ze mnie! Szarpnęła klamkę. Drzwi otworzyły się z impetem na całą szerokość. Zrobiła krok, kiedy odbiły się i uderzyły ją w plecy, ruszyła do przodu, usłyszała przeciągły trzask dartego materiału. Długość dźwięku dartej materii oraz luz, jaki odczuła wokół pasa, nie wróżył dobrze. Złapała się za tyłek, podtrzymując spódniczkę, chroniąc się tym przed całkowitym obnażeniem – Jasna cholera! – Zaklęła – U arabów z gołą dupą? Szlag by to trafił. Zawróciła, jedną ręką nadal trzymając się za pośladek. Podtrzymując osuwający się materiał, dobiegła do samochodu. Znowu; pilot, drzwi, walizka. Wsiadła do środka, nogi do góry, sukienka zeszła razem z majtkami, rzuciła na przednie siedzenie, paranoja! Gimnastykowała się w ciasnym różowym pierdzielu, a czas tykał nieubłaganie. Co za ironia losu. Kiedy uporała się już ze swoim strojem i spojrzała w kierunku drzwi budynku, zobaczyła jak „przeszłość”, wraz z niewątpliwe jakimś arabem z biura, wychodzi na ulicę i kieruje się w lewo. Dlaczego w lewo, a nie w prawo? – Pomyślała bez sensu. Ja chyba jakaś idiotka jestem. Wysiadła z samochodu, Jerzy znikał za rogiem ulicy. Ogarnęła ją wściekłość i bezradność. Tupnęła nogą jak mała dziewczynka, uderzyła parę razy głową o dach samochodu, rytmicznie powtarzając – jesteś głupia, jesteś głupia, kopnij się sama w dupę, celuj w stronę kosmosu. Jakiś mężczyzna zatrzymał się na chodniku, poprawiła włosy, uśmiechnęła się do niego nieporadnie – I’m a little tired – powiedziała głośno. Pokręcił głową i ruszył dalej. Czekaj ogarnij się idiotko, do spotkania było jeszcze pół godziny, ale nie miało to już znaczenia. Przeszła szybkim krokiem przez ulicę i ponownie pojawiła się przed drzwiami. Po chwili stała na pierwszym piętrze. Przed jej oczami miała jakiś napis po arabsku. Poprawiła się i bez pukania weszła do środka. Za biurkiem siedział dojrzały mężczyzna, ubrany w białą koszulkę z krótkim rękawem. Miał czarne krótko przystrzyżone włosy i takież wąsy. – Ja w sprawie mieszkania – wyrecytowała wyuczoną jeszcze w Polsce krótką kwestię. Mężczyzna patrzył przez chwilę, nie reagując. Zastygł czy jak. – Ja w sprawie mieszkania – powtórzyła. Tym razem odpowiedział coś po arabsku. No tak jeszcze i ten! Ucz się języków chłopie, jak chcesz handlować – powiedziała już po polsku. W tym momencie mężczyzna rozpromienił się. I zapytał po rosyjsku.
– Kak ja magu pamocz?
Zająknęła się.
Parle vu rosyjski? – zapytała bez sensu.
Da. Ja gawarju.
Czekaj chłopie, jak to będzie? Acha: Ja urze priszła w sprawie kwartiry.
– Kakijej? – Zapytał.
Wyjęła wydruk oferty z internetu. – Ja dzwoniła k wam.
– Aaa – powiedział przeciągle – da ja znaju. Maj drug gawarił o tom – pokiwał głową. – No suszcziestwujet problema.
– Kakij problem? Gadaj facet, bo mnie szlag trafi – dodała po polsku.
– Ja panimaju.
– A ja nie – rzuciła poirytowana.
Mężczyzna podrapał się w brodę i łamiąc rosyjski, długo coś opowiadał, zrozumiała z tego tyle, że jest jeszcze jeden chętny i mieszkanie będzie tego, kto da więcej. Oczywiście wiedziała, kim jest ten drugi.
– Ale ja urze była first.
W odpowiedzi rozłożył ręce.
Tysiące myśli przebiegało jej przez głowę. Aby zyskać na czasie palnęła.
– Ja chaczu uwidzieć etu kwartiru.
Mężczyzna od razu się poderwał.
– My dołżny taxi, oni pajechali toże w etu kwartiru.
– U mienia jest awto.
– No haraszo. Tak pajechali.
Zdjął z wieszaka marynarkę, przełożył przez rękę i otworzył drzwi.
Po chwili byli już przy samochodzie. Na siedzeniu leżały majtki. Zapomniała o nich. Spojrzał na nią, kiedy wzrok ich się spotkał, odwrócił głowę. Zmierzyła go. Nawet przystojny. Nonszalancko wzięła stringi i rzuciła na tylne siedzenie. Ruszyła. Nie rozmawiali, mężczyzna podczas drogi jedynie informował; w lewo, w prawo znowu w lewo i znowu lewo, potem w prawo.
– To tutaj – powiedział nagle.
Byli na jakimś osiedlu. Przed budynkiem przy wejściu stał biały volkswagen. Obawiała się, że Jerzy jeszcze tu jest. Nie chciała się ujawniać, przynajmniej jeszcze nie teraz. Minęła samochód i okrążyła budynek. Arab machał rękami, myśląc, że nie zrozumiała. – Nie machaj tymi łapami, jak nie wiesz, o co chodzi chłopie – skwitowała w myślach. Zatrzymała się, zgasiła silnik i odwróciła w stronę mężczyzny.
– Teraz słuchaj uważnie, skup się. Uciekłam z domu z Polski i muszę mieć to mieszkanie, nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Ten facet to moja przeszłość, nie chcę, aby wiedział, że tu jestem.
Mężczyzna patrzył na nią, kompletnie nic nie rozumiejąc.
– Jezu, chłopie nie wiem, jak to będzie po rosyjsku. Dobra słuchaj.
– Padzwani do swojego druga i skażi jemu sztoby priszoł k nam. Tolko adin, bez tawarsziszcza. Panimajesz? Ja nie chaczu sztoby on mnie uwidzieł. Kak ciebia zawód? – Zapytała.
– Aram – odparł kompletnie zdeziorentowany.
– No widzisz Aram. Ty Aram, a ja Ewa. Tiepier dzwani.
Mężczyzna wyjął telefon, jednak nie był przekonany, spojrzał jej w oczy.
– Twój drug speak in English on razgawarywał ze mnoj pa trubku panimajesz?
Teraz chyba go przekonała. Spojrzał na ekran, coś tam klikał, po chwili przyłożył telefon do ucha. W tym czasie przechyliła się przez siedzenie i chwyciła majtki, nie chciała aby kolejny arab oglądał jej bieliznę. Arab pojawił się po jakiś dziesięciu minutach. Przywitał się najpierw z Aramem potem kiwnął głową w jej stronę, potem znowu zwrócił się do Arama. Przez chwilę żywiołowo rozmawiali po arabsku, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Aram ciągle wzruszał ramionami, drugi gestykulował. Był szczupły, na głowie miał fez, pozostałą cześć ciała spowijała jasno brązowa galabija. Nagle zwrócił się w jej stronę i zapytał po angielsku.
– W czym jest problem?
– Jak Pan ma na imię?
– Sulej.
– Ewa. Miło mi. Tak więc dzwoniłam do was, przyjechałam z zamiarem kupna mieszkania, wszystko było ustalone, a teraz okazuje się, że jest jeszcze jeden klient.
– To normalne. Kupuje ten, kto daje więcej – odparł jakby z pretensją.
– Nie normalne. Ja byłam pierwsza. To nie honorowe – postanowiła wjechać na obszar męskiej arabskiej dumy.
Pokręcił głową, jeszcze bardziej niezadowolony, widać dotknęły go te słowa.
– Pani nie rozumie. U nas handel to targowanie.
– Ale chyba w dół, a nie w górę.
– To bez znaczenia.
– Dobrze chcę zobaczyć to mieszkanie.

Czytaj kolejny rozdział → Mieszkanie jak mieszkanie…